BLOG

Dlaczego ani myślę sama projektować sobie mieszkanie?

Powyższy obrazek, to moja autorska ilustracja do wpisu, który właśnie czytasz. Ilustracje do wpisów powstają w nieco inny sposób niż, te które robię na zlecenie. Już niedługo o obu procesach przeczytasz tutaj (link wkrótce). Timelapsyz ich tworzenia możesz zobaczyć na moich socialmediach  (IG i TT).

Spis treści

Załóżmy, że mnie stać.

Bo – of course –  nie stać mnie na architekta, ani za miliony, ani za miskę ryżu od m2. Załóżmy sobie jednak idealną sytuacje, w której hajsu mam jak lodu. Kwestia jego zatrudnienia, zależy wtedy tylko od mojego “chce mi się, czy nie..”. Dzisiaj bardzo subiektywnie napiszę o niewycenianych korzyściach płynących ze współpracy z projektantem.

Wydaje mi się, że osoby uważające, że potrafią wnętrza urządzać, nie są zbyt chętne do oddawania tej przyjemności komuś innemu. Podobnie ja jeszcze kilka lat temu nie pomyślałabym o tym, żeby zlecać to zadanie. Coś się jednak zmieniło.

Zaniem jednak to nastąpiło, snucie marzeń o tym, co zrobię we własnej hacjendzie, było zawarte w mojej codziennej rutynie. Także wiem jak to jest… Nie możesz się doczekać swojego pierwszego domu czy mieszkania, żeby w końcu zrealizować swoją (ma się rozumieć – genialną) wizję. Wybieranie każdego koloru, mebla i klamki jest kuszące, zwłaszcza jeśli dotąd było się skazanym na gust naszych rodziców lub właścicieli wynajmowanego mieszkania. Gust, który często zupełnie nie pokrywa się z naszym, żeby nie powiedzieć, że przyprawia nas o mdłości.

Dzisiaj przychodzę z trochę inną perspektywą, która mam nadzieję, okaże się pomocna dla tych, którzy mimo możliwości finansowych wahają się, czy z usług projektanta skorzystać. Dlaczego rezygnować z zabawy i satysfakcji, jaką daje urządzanie własnego kąta, a do tego płacić, żeby ktoś zrobił to za nas? Już tłumaczę.

Nie dlatego, że nie potrafię…

Na wstępie muszę zaznaczyć, że kocham wnętrza. Nie zajmuje się nimi zawodowo, ale nigdy nie zrezygnowałam z bycia na bieżąco z tym, co się dzieje w branży. Od wielu lat śledzę trendy i jeśli miałabym wymienić jedną rzecz, którą robię podczas nicnierobienia — to właśnie przeglądam kolejne, niesamowite realizacje. Tych kilka semestrów na polibudzie (na architekturze) wystarcza mi też, żeby nie mieć barier w postaci strachu o brak umiejętności odn o techniczne aspekty projektowania. Może nie jestem profesjonalną projektantką z piętnastoletnim doświadczeniem, ale też nie czuję się laikiem. Podczas mojej drogi zawodowej był czas, w którym naprawdę „wyżyłam się” we wnętrzach i jeśli chodzi o wcielanie swoich wizji w życie, czuje się spełniona. Wizja zaprojektowania mieszkania, nie wzbudza więc we mnie szczególnych emocji. Ot zadanie i tyle.

Załóżmy, że jednak muszę projektować sama

Odwróćmy na chwile tytuł tego wpisu i przyjmijmy sytuację, w której to ja mam być sobie projektantem. Niech będzie profesjonalnie, odhaczmy wszystkie etapy procesu projektowego. Po pierwsze: zdefiniowanie potrzeb i oczekiwań klienta. Wiadomo — są podstawy (to jasne, że ma być funkcjonalnie, logicznie, estetycznie i ma sprzyjać mojemu stylowi życia), ale co poza tym? Zapisuje hasłowo:

Ma być kunszt, zagadka, zabawa, umiarkowanie, prostota, wyrafinowanie, sarkazm, natura, ciepło, kolor, światło, żart.

Gdyby mój dom był człowiekiem, to byłby połączeniem dr House i kilku Weasleyów. Po drugie: teraz te hasła trzeba przetłumaczyć na język wizualny, czyli odkryć co dla mojego klienta (czyli mnie) się pod nimi kryje.

Ile ludzi, tyle gustów i skojarzeń

Jeden konkretny element wnętrza może być inaczej odbierany przez inne osoby. Dla przykładu psie lampy (zob. np: Dog – Boris Lacroix, The Playful Dog Lamp – Haoshi, Dog Rio – Seletti /Marcantonio) dla kogoś będą elementem satyrycznym, inna osoba całkiem serio uzna je za elegancką dekorację, a jeszcze inna stwierdzi, że ich jedyne słuszne miejsce to pokój dziecięcy. Każdemu z powyższych haseł muszę więc przypisać ich wizualną definicję, zgodną z moją percepcją. Nie jest to trudne, w końcu znam siebie jak nikt inny. Zrozumienie klienta – 100%. Otwieram więc w swoich myślach kolejne katalogi, np. „zabawne elementy wnętrza” i przenoszę je do folderu „moje mieszkanie”. I tu pojawia się pierwszy problem. Powstały w ten sposób kolaż, nawet jeśli byłby dziełem sztuki, nie jest dla mnie w żaden sposób odkrywczy.

O co chodzi w odkrywaniu wnętrza?

Wszystkie elementy wnętrzarskie, z którymi miałam do tej pory do czynienia, są już znane, ocenione i sklasyfikowane. Mój mózg jest trochę jak katalog Ikea, pełen sprawdzonych rozwiązań, połączeń, które odkryłam i zapamiętałam, że dobrze ze sobą grają. Przerzucenie tego z mojej głowy na moje mieszkanie, może i byłoby ciekawe dla moich gości, ale dla mnie byłoby raczej nudne. Trochę jak szukanie rozrywki w czytaniu powieści, którą sama napisałam.

Mogę stworzyć projekt, który będzie zaskakujący dla kogoś, ale jak miałabym zaskoczyć siebie? A element zaskoczenia jest dla mnie bardzo ważny. I nie mam na myśli zaskoczenia w stylu „Nasz nowy dom”, gdzie spada kurtyna (czy tam atobus odjeżdża…), a ja wchodzę do swojej nieruchomości i oglądam wnętrza po raz pierwszy, bo projekt był dla mnie tajemnicą. Zupełnie nie o to mi chodzi. Chodzi o codzienne mikro odkrycia. O detale, o których pomyślał projektant, ale które ja odkryje za kilka miesięcy lub lat. Gdyby wnętrza faktycznie były książką, chciałabym wielowątkowej i złożonej historii, w której nie potrafię domyślić się zakończenia, aż do ostatniej strony. Takiej, którą naprawdę czytam 15 razy i dalej znajduje w niej rozrywkę i łączę kropki.

Przykładny dom babci

Takim przykładem, w którym za każdym razem odkrywam coś nowego, jest dom mojej babci — przez śp. dziadka własnymi rękoma wykończony. Mam lat 30 i od dzieciństwa, ile razy do babci nie pojadę, tyle razy coś odkryje. A to ozdobne okucie, a to szczegół na tapecie, a to ozdobną listwę pod parapetem — to przykłady tylko z ostatniej wizyty. Kiedyś wpatrywałam się w sufit, próbując dojść, jak dziadek zamontował kasetony. Kiedy już doszłam do tego „jak”, znalazłam sobie zabawę w zgadywaniu, w jakiej kolejności to robił.

Co jeszcze mnie intryguje? Ciekawe manewrowanie światłem, elementy kontrastujące stylem, nietypowe podejście do materiałów i ich nowatorskie zastosowanie. Innymi słowy, rzeczy, których nie rozumiem od razu, takie, którym muszę poświęcić kilka sekund, minut, żeby je ogarnąć. U babci jest taka dziwna rzecz; wielka rzeźba pająka ze stalowych pręcików, powieszona na ścianie pokrytej boazerią rodem z początku lat 90… Do dziś nie rozumiem, co ona tam robi (rzeźba, nie boazeria). Czy ktoś uznał ją za ładną i dlatego tam wisi? Wątpię, to w końcu pająk. A jednak przykuwa uwagę i co jakiś czas każe moim myślom do siebie wracać.

Wróćmy do mojego klienta. To ledwie początek procesu projektowego w tej założonej wcześniej sytuacji i już kicha, bo nie jestem w stanie spełnić jego (tzn. swoich) oczekiwań. Jak mają mnie zaskoczyć szczegóły, które sama wymyśliłam?

Projektowanie to nie tylko radosna twórczość

Ktoś powie „nie wykorzystuj elementów, które znasz- eksperymentuj, stwórz coś nowego!” Fajny pomysł… W teorii. W praktyce od pomysłu, do projektu jest dość długa droga. Przeniesienie wszystkiego na papier tak, żeby dla wykonawców było zrozumiałe, to żmudny i nudny proces, w którym mielisz ten pomysł tak długo, że w końcu masz go dość. Jak nie rozumiesz, to spróbuj kawałek jakiejś pysznej potrawy przeżuwać przez 5 min i sprawdź, czy dalej ci smakuje. Z projektowaniem jest dokładnie tak samo.

Po co to całe “odkrywanie”?

Dlaczego ten element zaskoczenia, odkrywania jest dla mnie aż tak ważny? Osobiście lubię stan, w którym wiem, że jeszcze mało wiem. Na każdym polu moich zainteresowań — a mam ich sporo — czerpie radość z odkrywania, zagłębiania się w temat, eksplorowania. Naprawdę niewiele rzeczy cieszy mnie bardziej, niż łączenie kropek i ten moment zrozumienia, dlaczego ta konkretna rzecz działa w ten, a nie inny sposób i jakie ma to znaczenie. Przeważnie zrozumienie jednej kwestii otwiera furtkę, za którą kryje się 5 kolejnych, które czekają na zbadanie.

To jest właśnie powodem, dla którego fascynuje mnie konkretnie ilustracja. Ogólnie rzecz biorąc, potrafię rysować. Martwe, z fotografii, co trzeba… Fotorealizm? Bez problemu. Ale ilustracja, która wymaga wytężenia szarych komórek, bo po pierwsze: samo wymyślanie obrazów jest znacznie trudniejsze niż ich kopiowanie, a po drugie nie masz podanego wszystkiego na tacy — to inna para kaloszy. Dokładnie tego samego oczekuje od tak ważnej rzeczy, jak przestrzeń, w której żyje. Tego, że będzie mnie inspirować, ciekawić, że nie będzie tylko ładnym zestawem mebli i kolorów, a wciągającą łamigłówką, wyzwaniem.

Panie projektancie, bądź pan geniuszem

Mój projektant niewątpliwie będzie miał trudne zadanie. Mam nadzieję, że nie będę tą klientką z horroru, która wie, że chce, tylko nie wie czego i wie, że coś jest nie tak, ale nie wie co. Kiedy przyjdzie co do czego, postaram się znaleźć projektanta, z na tyle podobnym gustem, że będę mogła powiedzieć „rób, co chcesz, zaskocz mnie”. No może tylko przejżę układ funkcjonalny (tak na wszelki wypadek)…

Jedno ważne pytanie

Mam taką fantazję, że jeśli już znajdę odpowiednią osobę, moim pierwszym pytaniem będzie: „jaka jest jedna rzecz, która chciałbyś/chciałabyś kiedyś zrealizować, ale do tej pory nie było na to klienta?”. Wiem, że każdy projektant ma przynajmniej jeden ciekawy, odważny pomysł, którego nie realizują przez lata, bo nie znalazł się odpowiednio szalony inwestor.

Niby jesteśmy otwarci, ale…

Szczególnie w architekturze, ciężko ludzi przekonać do niekonwencjonalnych rozwiązań. I nic dziwnego. Jej elementy są trwałe i kosztowne, a ewentualna zmiana, to nie takie hop siup. Zresztą to jeden z powodów, dla których zrezygnowałam z zawodu architekta — w końcu zdałam sobie sprawę, że nie będę współczesnym Gaudim, tzn. nie będę mieć funduszu na swoje fantazje i wolnej ręki, a zamiast tego klienta, pod którego dyktando będę musiała robić swoją robotę, najlepiej jak potrafię, nie zwracając uwagi na swoje frustracje.

Cieszyłabym się, gdybym mogła komuś dać tę twórczą swobodę bez obawy, że finalny efekt będzie dla mnie rozczarowujący. Na szczęście mam na oku kilka biur, których portfolio podpowiada mi, że mogłabym im w tej kwestii zaufać.

Wybór projektanta to ważna rzecz

i warto poświęcić temu trochę uwagi. Nie wystarczy, żeby miał efektowne wizualizacje w portfolio i mieścił się w budżecie. Powinien umiejętnie łączyć funkcjonalność z odważnym, niebanalnym podejściem do designu. Oczekuję, że będzie potrafił stworzyć przestrzeń nie tylko piękną, ale przede wszystkim użyteczną i komfortową. Nie chcę mieszkać w muzeum, w którym będę się bała zrobić obiad, bo będzie po nim więcej sprzątania (usuwania odcisków palców) niż jedzenia. Wyobrażasz sobie tą frustracje, kiedy okazuje się, że ten piękny pokój, którym tak byłeś/aś na początku zachwycona, w ogóle nie spełnia swoich funkcji? Albo, gdy stylowa sofa kupiona za miliony monet okazuje się niewygodna? Chcę, aby każdy element wnętrza był przemyślany, aby każdy detal miał swoje praktyczne zastosowanie, a zarazem wprowadzał element zaskoczenia i odrobinę magii. Ważne, aby projektant potrafił zrozumieć i zinterpretować moje potrzeby i styl życia.

Te oczekiwania mogą się wydawać banalne, bo architekt wnętrz z definicji powinien je spełniać, niestety nie każdy potrafi. To właśnie moim zdaniem odróżnia dobrego projektanta od tego, który się takowym tylko nazywa.

Whats the point?

Moja decyzja o niewchodzeniu w rolę projektanta przy własnym mieszkaniu, wynika nie z braku zainteresowania designem czy z braku wizji. Przeciwnie, to efekt zdania sobie sprawy z własnych granic i chęci ich przekraczania. Projektowanie jest dla mnie czymś o wiele więcej niż tylko wyborem mebli i dopasowaniem do nich poduszek. To tworzenie przestrzeni do życia, która spełnia ciut więcej funkcji niż przeciętny szałas z firanką. Przestrzeni w której można być, a nie tylko istnieć. Nie mam weny na długie filozoficzne dygresje, hope u got the point.

Powinnam tu chyba jeszcze zaznaczyć, że nie widzę nic złego w niepodzielaniu mojego zdania. Ostatecznie pozwalam sobie na jego wyrażanie, bo mam przywilej zajmowania się bzdurami pierwszego świata. Skoro więc jestem obdarzona tym szczęściem, jakim jest bycie przedstawicielką środkowoeuropejskiej klasy średniej, czuje się usprawiedliwiona w tych dziwactwach.

Od przestrzeni, w której mieszkam, oczekuję więc czegoś więcej, niż bycia miejscem do spania i schronieniem od deszczu. Oczekuje, że będzie opowiadać własną historię, że będzie mnie zaskakiwać, że będzie wywoływać emocje, że będziemy się poznawać przez lata. Oczekuję tego, że gdy w 2045 usiądę w swoim starym i wysiedzianym fotelu, w którym od lat codziennie pije swoje mszaczino*, to mój wzrok przykuje jakiś śmieszny detal, którego wcześniej nie zauważyłam. Z każdym takim odkryciem mój dom będzie bardziej mój, ale na pewno nie będzie materialną kopią mnie.

To nie jest uniwersalny przepis na satysfakcjonujące mieszkanie, ale taki, który idealnie odpowiada na potrzeby bardzo konkretnej osoby – mnie. Mam nadzieję, że nawet jeśli nie podzielasz mojego zdania, znajdziesz w tym tekście inspiracje do zdefiniowania własnych potrzeb, tak aby twoje mieszkanie w pełni Ci odpowiadało, niezależnie, kto je urządzi – Ty, czy architekt.

*nazwa własno-prywatna kawy, pochodzi od nazwiska koleżanki, która robi najlepszą.

Hej!

Mam na imię Aneta. Mam słabość do sztuki, designu i wszystkiego, co związane z estetyką. Zajmuję się analizowaniem kompozycji i tym jak jak jej elementy wpływają na nasze zachowanie i samopoczucie. 

ten blog

to wirtualny notes, w którym zbieram, porządkuję i  analizuję moje obserwacje. Tutaj  piszę o komunikacji wizualnej, wpływie designu na sprzedaż.  Opisuję to, jak kompozycja kształtuje nasze działania. Gdy nie piszę na wyżej wspomniane tematy, to odpoczywam przy rysunku i ilustracji.

moim celem

 jest nie tylko dzielenie się wiedzą (co absolutnie uwielbiam), ale przede wszystkim zainspirowanie Cię do – to może zabrzmieć przewrotnie –  usłyszenia tego, co widzisz. 

Zgłębianie tematu kolorów, kształtów i kompozycji pozwoli Ci zrozumieć oraz docenić rolę, jaką design pełni w naszej pracy i życiu codziennym. Chcę pokazać, jak można wykorzystywać te elementy świadome –  tak, żeby sprzyjały osiąganiu celów,  zaspokajały nasze estetyczne i funkcjonalne potrzeby.

Dołącz do newslettera
0 0 votes
Ocena wpisu
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
Ta strona używa ciasteczek

Ta strona korzysta z tzw. plików cookies, które są ważne dla jej właściwego działania. Przez kontynuowanie przeglądania strony wyrażasz zgodę na wykorzystanie cookies w ramach ustawień, które wybrałeś/aś w swojej przeglądarce internetowej. Pamiętaj, że masz możliwość modyfikacji tych ustawień w dowolnym momencie. Zachęcam do zapoznania się z polityką prywatności.